Spowiedź piercera - za czyje grzechy musi odpokutować środowisko? Rozmowa z Jimbo

Każdy z nas ma prawo do błędu. Jednak nic nie usprawiedliwia lenistwa i pazerności, z którymi mamy (nie) przyjemność spotykać się w środowisku piercerów. Chęć szybkiego, łatwego zarobku kosztem klientów lub adeptów tej sztuki nie jest właściwą motywacją. Podobnie rzecz ma się z doskonaleniem swoich umiejętności. Wiedzę należy regularnie aktualizować, nie kierować się swoimi sympatiami czy antypatiami, sumiennie dbając o komfort każdego klienta. Cóż, droga do osiągnięcia perfekcji jest długa i wyboista, ale nie warto iść na skróty. Dlaczego? Opowie o tym Jimbo, prowadzący salon piercingu w Chorzowie.


Marta Wierzba: Jak rozumiesz słowo perfekcja? Nie zmuszam cię do formułowania definicji w oparciu o twoje zawodowe doświadczenia, interpretacja należy do ciebie!

Jimbo Piercing: Perfekcji, jako takiej nie ma, istnieje za to szereg innych działań, które musimy podejmować, aby dążyć do wykonania swojej pracy w sposób najbliższy perfekcji. Można by tu przytoczyć słynny cytat: "kto jest bez winy niechaj pierwszy rzuci kamieniem". Popełniamy błędy, ale jeśli każdy z tych błędów nas "boli", siedzi w naszej głowie i nie daje spokoju, to znaczy, że zależy nam na tym, abyśmy byli oceniani profesjonalnie. Ja czasami mam spieprzony dzień, co odbija się na moich bliskich, bo akurat coś poszło nie po mojemu.

Profesjonalizm z perfekcją z pozoru mają ze sobą wiele wspólnego. Z pewnością oba aspekty są cenione w branży. Czy według ciebie każdy perfekcjonista jest jednocześnie profesjonalistą?

Można być perfekcjonistą i robić wszystko perfekcyjnie na opak (śmiech).

Profesjonalista posiada wiedzę - w jaki sposób zdobytą, to już inna kwestia - ale bez chęci jej nieustannego poszerzania, nigdy nie będzie mógł nazwać się profesjonalistą.

Perfekcja wynika z praktyki. Jeśli wspierają ją najlepsze wzorce, wówczas mamy gwarancję sukcesu.

Jakie jest najgorsze zaniedbanie, którego może dopuścić się piercer?

Bez sekundy wahania odpowiem, że najgorszym zaniedbaniem będzie każdy nieprzemyślany ruch, który powoduje narażenie zarówno klienta, jak i samego piercera na ryzyko związane z ochroną zdrowia. Nie mam tutaj na myśli złego poprowadzenia igły podczas przekłucia, to jest częsty błąd początkujących i nie raz, nie dwa również doświadczonych piercerów. Nieprzestrzeganie zasad higieny pracy, a co za tym idzie - nieświadome narażanie na tragiczne w skutkach powikłania wynikające z infekcji - to jest niewybaczalne. Rynek pęka w szwach od osób, które są zainspirowane i chętne do działania, ale zaczynają, od d*** strony, że tak to ujmę. Pracują na chacie lub innych w miejscach, gdzie czystość jest tylko pozorna. Nie zaczynają od szkolenia profesjonalnego, od poznania technik sterylizacji i tak dalej. Tutaj z pewnością wina leży po trosze w braku pewnych regulacji prawnych. Za tym idzie też nasza świadomość, jako klientów, którzy oddają w nasze ręce swoje ciała nie zwracając uwagi na to, jakie konsekwencje może nieść lekkomyślna decyzja. Naprawdę dziwię się ludziom reagującym na posty w grupach na Facebooku, gdzie ogłaszają się osoby, które wprost piszą, że szkolą się na własną rękę i zapraszają na zabiegi celem poszerzenia portfolio… do swojego domu!  To powinno być zakazane, wręcz ścigane z ramienia prawa. Szczerze? Moim zdaniem, aby móc nazywać się piercerem w pełnym tego słowa znaczeniu, najpierw musi zostać uregulowany status techniczno-edukacyjny zawodu. Gdzie dany piercer się kształcił, w jakich zakresach, czy posiada szkolenia z przeprowadzania sterylizacji, nie wspomnę już nawet o dyplomie technika sterylizacji medycznej.

Dziś można zaśmiać się prosto w twarz "instytucji sanepidu", otworzyć salon z wszystkimi możliwymi rodzajami zabiegów i wykonywać je bez żadnych konsekwencji narażając klientów na utratę zdrowia.

Przykre zachowanie, w dodatku bardzo nie pro-konsumenckie.

A lenistwo? Część piercerów po przepracowaniu kilku lat w zawodzie spoczywa na laurach. Wydaje mi się to jednym z grzechów głównych starych wyjadaczy.

Ups, no to muszę być ostrożny, żeby i mnie nie dopadło lenistwo! Chociaż dobrze znam siebie i obstawiałbym, że kiedy osiągnę master level to się przekwalifikuję i zacznę rozwijać w innej branży (śmiech). Nie lubię czuć niedosytu, zawsze chcę więcej, zawsze chcę robić coś lepiej. Dobrze jednak, że poruszasz ten temat. Uważam, iż ta branża wkroczyła w Polsce na etap szybkiego i dynamicznego rozwoju, a wielu osobom, które zajmują się piercingiem od więcej niż powiedzmy 5-ciu lat, włącza się tryb uśpienia. To normalne. W każdej branży z czasem klientela weryfikuje czy ktoś potrafi robić coś inaczej, może lepiej, bezpieczniej a może mniej boleśnie? Musimy nieustannie czerpać wiedzę, siłę i motywację od najlepszych. Czasami niekoniecznie oznacza to bycie ślepo zapatrzonym w osobę, która nas przeszkoliła - nawiasem mówiąc, u mnie był to Marcin - @doktor_x_piercing. Bywa, że nawet producenci biżuterii czy narzędzi wypuszczają nowości, które trzeba sprawdzać oraz zweryfikować samodzielnie. A nuż może akurat to jest właśnie to, czego rynek szuka i potrzebuje? Sam postanowiłem dokładnie przeanalizować każde przekłucie. Na początek listy wskoczył mi nostril (śmiech)! Zmieniłem w nim wszystko, począwszy od ozdób, aż po wykonanie. Zbieram pozytywny feedback, ale na wyciąganie wniosków jeszcze za wcześnie. Muszę poczekać do zagojenia próbnej partii, czyli minimalnie 50-ciu przekłuć, wtedy będzie można dywagować nad wprowadzonymi modyfikacjami. Cóż, powiedziałbym nawet, że mam to wyliczone z matematyczną precyzją: kto, kiedy, jaki kolczyk, jak długo trwał proces gojenia, czy pojawiły się jakieś komplikacje. Pytanie, czy warto? Tak, zdecydowanie! Warto czasami przysłowiowo "wziąć na tapet" jedno przekłucie, rozebrać je na czynniki pierwsze i dowiedzieć się czy można zrobić coś lepiej, inaczej?

Wbrew pozorom piercing to nie tylko kłucie. Szacunek oraz właściwe podejście do klienta wymagają także pracy nad swoimi umiejętnościami interpersonalnymi. O czym jeszcze powinien pamiętać profesjonalista?

O zrozumieniu oczekiwań klienta a tu wystarczy najzwyklejsza w świecie rozmowa. To ja, jako specjalista muszę w mojej głowie zrobić szybką analizę. Czy wykonany zabieg będzie bezpieczny? Czy całość będzie estetycznie wyglądać? No i oczywiście - czy kolczyk lub kompozycja kolczyków będą mogły prawidłowo się zagoić! Kolejną ważną kwestią jest anamneza - wywiad lub ankieta ograniczający do minimum możliwość wystąpienia powikłań, które mogą potencjalnie towarzyszyć samemu zabiegowi, jak i procesowi gojenia. Nie można iść na kompromisy. Nie można dawać się namówić na wizję klienta. Za przykład można wziąć do bólu maltretowane przez dziewczyny zdjęcie trzech forward helixów, każda pragnie ozdobić swoje ucho taką kompozycją. Zgadzam się - wygląda to efektownie - ale anatomia nie każdemu pozwala na taki zabieg i rolą piercera jest powiedzieć stanowcze NIE. Profesjonalista wyznaczy granicę bez problemu, obraniając swoje stanowisko racjonalnymi argumentami. MEGA wartościowe słowa na ostatniej konferencji PPP wypowiedziała Angie:

Nasza praca pomaga spełniać marzenia o pięknej ozdobie.

A więc poza wszystkim, co bezpieczne i sterylne, musi jeszcze spełniać oczekiwania estetyczne.

Jak wyglądała twoja ścieżka kariery - wszak dorobiłeś się własnego studia! Historia Jimbo z pewnością zainspiruje naszych czytelników.

Oj, ja to jestem specyficzny przypadek (śmiech)! Od siedmiu lat prowadzimy wspólnie z żoną studio tatuażu i, jakoś zawsze tak się składało, że któryś tatuator przy okazji zajmował się piercingiem. Do dziś żałuję, iż na to pozwalałem, bo jakość tamtych przekłuć pozostawiała wiele do życzenia. Potem długo nie oferowaliśmy tej usługi, ale klienci wciąż pytali o kolczyki. Ja, mimo że NIGDY nie miałem żadnych kolczyków i po dziś dzień ich nie posiadam! Nie czułem oporu by się tym zająć, więc za namową żony udałem się na pierwsze szkolenie. Lada moment upłyną trzy lata odkąd się w tę branżę wkręciłem. Teraz i ona zaliczyła swoje szkolenia u Doktora i wkracza na zawodową ścieżkę. Początkowo działałem w studiu tatuażu, ale od samego początku czułem się… jak przystawka do dania głównego! Nie w mojej naturze leży robienie czegoś na odwal się. Lubię mieć poczucie, że oferuję klientowi więcej aniżeli ktoś inny robiący to samo. Dlatego od samego początku - zarażony prawdziwą pasją przez mojego mentora i nauczyciela - chciałem stworzyć miejsce, w którym to ja oraz moja usługa będą daniem głównym! Wysoka, jakość komplementarnie dopełniała moją wizję. I tak oto wspólnie, w dedykowanym wyłącznie sztuce piercingu lokalu, stuknęły nam już z Anetą dwa lata. Można, zatem powiedzieć, że miałem stosunkowo łatwy start. Jedynym, czego zawsze mi brakuje jest czas, który dzielę między piercing a mój drugi zawód, a jestem klasycznym, etatowym informatykiem.

Skąd czerpiesz motywację do stawiania czoła codziennym wyzwaniom?

Wiesz, ja jestem z starego pokolenia (rocznik ’76) więc uważam, że zupełnie inaczej patrzę na życie. Oczywiście nie chcę doprowadzić do pokoleniowej wojny, obrażając młodszych ode mnie. Pierwsze świadectwo pracy otrzymałem w wieku siedemnastu lat, takie były czasy i należało wspomagać rodziców finansowo. Ja po prostu nie potrafię siedzieć bezczynnie, zaraz mnie nosi (śmiech)! W chwili obecnej nie nazywam piercingu pracą, co oczywiście jest fajne, choć nie raz, nie dwa wracam po całym dniu spędzonym poza domem dosłownie padając ze zmęczenia. Jednak tak czy siak następnego ranka baterie znów są w pełni naładowane!

Na sam koniec chciałam żebyś odpowiedział mi na dość niespecyficzne pytanie. Wyobraź sobie, że możesz zmienić branżę na lepsze. Masz moc sprawczą, która jest w stanie zniwelować największy problem, z jakim zmagają się piercerzy. Co byś zrobił?

No i sprowokowałaś (śmiech)! Pierwsze, co przyszło mi do głowy i tu chętnie użyłbym bardziej dosadnych słów... poucinane rąk, co poniektórym, aby nie kaleczyli ludzi w imię szybkiego zarobku. Ale, teraz tak na poważnie. Wymienię kilka kwestii:

● Pierwszą z nich byłoby uregulowanie kwestii wykorzystywania pistoletów do przebijania dzieciom uszu. To jest ZŁO! Wyciągam potem te kolczyki, dzieci płaczą, matki załamane, a panie u fryzjerki odsyłają do profesjonalistów, bo same nie wiedzą, co mogą poradzić w takiej sytuacji. Gruby temat. Za duża kasa spływa do producentów tego badziewia.

● W drugiej kolejności wziąłbym się za konkretne prawne regulacje dotyczące oferty szkoleniowej. Dzisiaj szkolą osoby, które same nie mają pojęcia o tym, co robią! Ważne jednak, „że hajs się zgadza”, więc co im tam! W praktyce nie ma zawodu piercera czy zawodu tatuatora i należałoby to po prostu usankcjonować, aby zapobiegać takim sytuacjom.

● Trzecia, iście banalna sprawa - ograniczyłbym dostęp do narzędzi pracy takich jak igły i kolczyki. W tej chwili ceny są takie, że kuszą niewłaściwe osoby do przekłuwanie innych z partyzanta, w domowym zaciszu! Jeśli chcemy kupić kolczyki do piercingu u naszych sąsiadów zza granicy, a mamy zarejestrowaną działalność gospodarczą podlegającą weryfikacji hurtowni - ceny są dużo niższe. Klient zapłaci więcej i to na tyle, że prędzej dwa razy się zastanowi, czy aby na pewno ma to sens! Ponadto w niektórych krajach nie da się kupić wenflonów bez zarejestrowanej działalności i udokumentowanej potrzeby, nie wspominając o innych profesjonalnych narzędziach.

● Na sam koniec zostawiłem sobie nieco bardziej przyziemne sprawy, Ważne byłoby spisanie procedur obowiązujących podczas wykonywania pracy na takim stanowisku. Ponownie wracamy tu do tematu pojęcia zawodu piercera. To poważny zabieg, niosący ze sobą ryzyko potencjalnych zdrowotnych konsekwencji! Wszyscy wiedzą, ale każdy boi się poruszyć tego tematu na forum publicznym. Zresztą, cała branża beauty to istna samowolka. Jeśli jednak klientela nie będzie bardziej wyedukowana i świadoma, nic się niestety nie zmieni.