Świdnica: Łukasz „Dzvon” Cyndzer ze studia Dziary i Gitary

Liznąłem odrobinę starej szkoły, gdzie standardem była wszechstronność, także jest, z czego wybierać. Od czasu do czasu jaram się realizmem, ale dodaję zawsze coś od siebie i nie trzymam ściśle kalki. Nie potrafię i nie chcę być chodzącą drukarką. Bardzo lubię neotrady, dotwork, watercolor, ale jestem za stary, by chcieć się gdziekolwiek rozpychać łokciami, więc za wiele tego nie ma w moim portfolio.

Gitarzysta Acid Drinkers tatuażystą, czy tatuażysta gitarzystą Acid Drinkers?

Wydaje mi się, że raczej to pierwsze. Jeśli chodzi o sztuki wizualne, to można powiedzieć, że zostałem dotknięty iskrą Bożą. Moim bazgrołom na przestrzeni lat towarzyszyła oczywiście masa pracy, ale uważam, że w znacznym stopniu talent miałem wrodzony. Z drugiej strony moja droga muzyczna była książkowym przykładem „od zera do bohatera”. Od totalnego beztalencia opluwanego w liceum przez tru-metalowców, po skrzydłowego flagowego polskiego bandu i następcę jednego z najważniejszych polskich gitarzystów metalowych w historii. To zaiste piękna historia. Po dziś dzień nie mogę się temu nadziwić. Wiele w tym szczęścia, wiele wsparcia ludzi dookoła, ale ślady po kłach pozostawiłem osobiście w wielu miejscach i wiele nimi sam wyszarpałem. Dlatego też muzyka zawsze będzie na pierwszym miejscu.

Skoro grasz od 3 lat w jednej z najlepszych polskich kapel, a do tego masz jeszcze swoją kapelę Truism, to kiedy masz czas dziarać?

Bywa ciężko, ale elastyczność tych wszystkich działań jest na tyle spora, że jeszcze nie zwariowałem i wszystko trzyma się kupy. Obstawiam jednak pierwszy zawał przed 40-tką (śmiech).

Jesteś samoukiem, jeśli chodzi o grę na gitarze i teoretycznie samoukiem, jeśli chodzi o rysunek. Nie za dużo masz talentów?

Talent to jedna ze składowych. Ważniejsza jest ciężka praca i jaja pełne saletry (śmiech). Mam obsesyjne podejście do samorozwoju. Dużo poświęcam zarówno bazgrołom jak i muzyce. Przy odrobinie szczęścia to procentuje. Zalecam jednak rozwagę. Takie podejście bywa egoistyczne i trudne dla bliskich, trzeba więc mieć tego świadomość i rekompensować.

Ale jednak nie dostałeś się na ASP i to dwukrotnie. Czujesz się przez to niespełniony?

Bardzo dawno pozbyłem się kompleksów względem artystów z papierem. Jako student Historii Sztuki miałem sporą styczność z tym środowiskiem i utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że nie należę do tego grona. Nigdy nie uważałem się za artystę, w szczególności w dziedzinie tatuażu. Sztuka to z założenia wolność, a umówmy się: wykonanie tatuażu pod dyktando Klienta to nie sztuka. To realizacja zlecenia. Wystarczy już w tej dziedzinie artystów. Za dużo moim zdaniem w sztuce tatuażu sztuki, a za mało tatuażu. Poza tym dziś artystą może być każdy. Umyjesz podłogę w hipermarkecie, nazwiesz to performancem i BANG! Jesteś artystą! Nie dla mnie cała ta szopka! Gdybym mógł, to strzeliłbym Duchampowi za „Fontannę” liścia! Wszystko spierdzielił! Dla siebie i Klientów staram się być możliwie najlepszym rzemieślnikiem. Ma to swoje minusy, bo być może również przez to nigdy nie dołączyłem do grona „modnych” tatuażystów. Usłyszałem jednak kiedyś, że jestem jednym z najbardziej niedocenianych tatuażystów w kraju. To była jedna z piękniejszych rzeczy, jakie usłyszałem w życiu. Piękniejsza od jakiejkolwiek nagrody na konwencji. Za nimi też już nie gonię i mam nadzieję, że zachowam w tym czyste konto. Jestem dziwakiem i w stosowny dla siebie sposób jestem dumny, że nigdy nie zdobyłem nagrody. Co prawda mam długie włosy, ale zdecydowanie nie dla mnie wybory miss.

To gdzie nauczyłeś się rysować?

Od najmłodszego bardziej jarałem się kredkami niż samochodzikami, czy lego. Być może dlatego, że po prostu nie miałem ich za wiele, ale nie żałuję. Wolę mieć pod górkę. To kształci. Profesjonalną karierę rozpocząłem wygraną w wojewódzkim konkursie plastycznym „moja Droga Do Przedszkola”. Zgarnąłem puchar, zabawkę radzieckiego pojazdu kosmicznego i reklamówkę jakże deficytowych w tamtych czasach pomarańczy. Całe szczęście nie zepsuło mnie do szpiku kości. Kontynuowałem naukę kopiując postacie Disneya, Hanna-Barbera i Looney Tunes. Potem wjechały komiksy - Todd McFarlane, Simon Bisley itd. Mimo, że obecnie względem totalnego przesytu rynku komiksowego stałem się absolutnym analfabetą, musze przyznać, że komiks wywarł na mnie ogromne piętno. Pod koniec podstawówki pojawiła się w moim życiu koszykówka i zmieniła je do granic. Miało to wpływ na to, co powstawało na płaszczyźnie kartki. Rysowałem koszykarzy wszędzie, gdzie się dało. Włącznie ze ścianą mojego pokoju, gdzie wylądował Michael Jordan szybujący nad pogrążonym w mroku miastem. Chciałbym to teraz zobaczyć. Oczy by się spociły (śmiech). Liceum to rewolucja muzyczna. Koszykarzy zastąpili muzycy. Pojawiła się tez gitara. Po liceum przyszła pierwsza klęska na egzaminach wstępnych na ASP, a z nią jedno z błogosławieństw, jakim okazało się Policealne Studium Grafiki Reklamowej w Świdnicy oraz jego wspaniała prowadząca - Prof. Renata Rychlicka. Mimo statusu szkoły, zacięcie warsztatowe było tam do granic akademickie i uważam, że dopiero wtedy na moich umiejętnościach zaczęły wyrastać mięśnie.

Skąd pomysł, żeby zostać tatuażystą-gitarzystą?

Tatuaż przeplatał się u mnie z muzyką odkąd zacząłem się fascynować tą dziedziną. Próbowałem dziarać na własną rękę, ale do zajęcia się tym na poważnie namówił mnie Żywiec z wrocławskiego Cleanfun, którego poznałem, gdy graliśmy razem koncert. Przyjął mnie do siebie. Gdy okazało się, że pora wyruszyć dalej, Mariusz Dzwonek, którego znałem dobrze ze wspólnych koncertów u boku Frontside, zgarnął mnie do wrocławskiego Rock’n’Rolla. Po 3 latach skończyło się jak się skończyło, ale staram się być ponad tym i po latach nie chowam urazy. Szefie, zadzwoń do mnie! Umówimy się na piwko! Już czas. Korzystając z okazji chciałbym zdradzić, że mam poważne plany zawodowe związane zarówno z dziarami jak i gitarami. Koronka mocno komplikuje sprawę, ale trzymajcie kciuki i wyczekujcie. Będzie cios! (śmiech).

W przypadku, gdybyś grał na gitarze przy ognisku to mógłbyś powiedzieć, że bycie tatuażystą jest Twoją pracą. Chociaż wszyscy mówią, że z muzyki nie da się utrzymać. To gdzie dorabiasz w zespole czy dziarając? A tak serio to, co traktujesz za swój „zawód”?

Odpowiadając w skrócie powiedziałbym, że ciągnę dwa wózki jednocześnie. Jedno amortyzuje drugie i zrezygnowanie z któregoś skończyłoby się raczej kraksą. Trudno to sobie wyobrazić, być może mam większe szczęście w miłości niż pracy, ale tak to u mnie wygląda. Nie odmawiam sobie dobrego cheddara, ale nie jeżdżę 16-letnim autem z wyboru, tylko konieczności. Wchodząc głębiej, to to bardzo dobre i wbrew pozorom trudne pytanie. Muszę tutaj sięgnąć dość głęboko i z pewnością nie każdemu spodoba się moja odpowiedź. Muszę jednak skorzystać z tej okazji, ponieważ czuję się moralnie zobowiązany. Bardzo powszechne jest, szczególnie w dobie pandemii, iż pewne grono ludzi ocenia zarówno tatuażystów jak muzyków w sposób bardzo powierzchowny i krzywdzący. Jedni i drudzy to dla nich gwiazdy z okładek czasopism specjalistycznych, którzy nie kupują srajtaśmy w Lidlu, bo oni to przecież kupy nie robią! To bardzo wąski i niesprawiedliwy punkt widzenia. Nie neguję: prawdą jest, że zarówno w tatuażu jak i w muzyce można zarobić dobrze. Jest jednak jeden ważny warunek: musi być robota, a jest jej coraz mniej. Słuchacze mają wszystko za darmo na tacy a i tak jest im mało. Koncertów jest coraz mniej, często czterokrotnie mniej niż kilka lat temu. Wydanie płyty często wiąże się z wzięciem sporego kredytu, który da radę spłacić jedynie częściowo. Bardzo chciałbym zostać zawodowym muzykiem, ale to w obecnej sytuacji niemożliwe. Niemożliwe tez jest proszenie o pomoc. Ministerstwo Kultury odeśle do Patronite’a (true story), a „fani” pożrą Cię za to żywcem. Z drugiej strony masz tatuaż, który bardzo się popsuł na przestrzeni ostatnich lat. 4-5 lat temu było cudownie! Świetny poziom, obfite zapisy, wyedukowani Klienci - istne Eldorado…Obecnie pracuję w mieście, gdzie jest ok. 150 salonów tatuażu. Zakładając możliwie najskromniejszy scenariusz, czyli 2 artystów w 1 studio, to by zapewnić każdemu robotę, dziennie w tym mieście musiałoby zostać wykonanych 300 tatuaży! To jakaś obłędna ilość! Andrzej, to jebnie! Szczególnie, gdy tak jak (jeszcze) ja, pracujesz w studiu, w którym włącznie z praktykantami dziara 8 osób. A robotę by zrobiło 3-4 artystów. To jakaś masakra! Andrzej!…

Nie brzmi to kolorowo…

Obie branże charakteryzuje często chwiejność zatrudnienia, zleceń i co za tym idzie źródeł dochodu. Wydarzenia ostatnich tygodni pokazały dotkliwie, jak bardzo są to wrażliwe branże. Wiadomo - każdy dostał po dupie i jeszcze pewnie dostanie, ale jak jesteś na etacie i szef uciął Ci 20%, by ratować płynność firmy, to stary! Ciesz się! Zazdroszczę! Ja zacząłem wyprzedawać sprzęt muzyczny by opłacić rachunki, wertuję ogłoszenia pracy i z utęsknieniem czekam na otwarcie granic, by w wieku 37 lat, z blisko 9-letnim doświadczeniem w branży szukać szczęścia gdzie indziej. Dlatego też apeluję! Kupujcie printy i obrazy, kupujcie płyty i koszulki! I jeśli w jakiś dziwny sposób poczuwacie się do tego, by kogoś oceniać i obrzucać mięsem w internecie nie mając pełnego obrazu sytuacji pamiętajcie, że kiedyś prędzej, czy później zostaniecie ocenieni.

To wracając do milszych rzeczy. Kiedy dokładnie zacząłeś dziarać?

Pierwsza dziarka w wieku 16 lat, więc o zgrozo 21 lat temu! Żałuję, że nie poszedłem za ciosem. Miałbym to wszystko za sobą. Na poważnie zacząłem w Cleanfun niecałe 9 lat temu.

A jak nie dziarasz i nie grasz w Acidach to, co robisz?

Każdą wolną chwilę spędzam wraz z Damą mojego serca na oddychaniu jednymi ustami, tłoczeniem krwi jednym sercem i obmyślaniu planu ucieczki z tej planety w kierunku wertykalnym (śmiech).

Przy tak napiętym grafiku udaje Ci się np. wziąć udział w guest spotach lub konwentach?

Ostatnio jest z tym ciężko. Cygański żywot nie jest dla mnie, a konwencje stały się dla mnie zbyt męczące. Sam nie wiem, czy ze względu na pracę i uciążliwe warunki, czy unoszącą się nieprzyjemną woń, a raczej fałszywą nutę. To nic personalnego, nie mam nic do Organizatorów ani Uczestników. To świetne imprezy! Świetne, ale nie dla mnie. Poza tym większość artystów, których uwielbiam personalnie jak i warsztatowo przestała jeździć. Być może słyszą w eterze podobną nutę. Nie wykluczam jednak ani konwencji ani guestów. Obawiam się, że obecna sytuacja zmusi mnie do wycieczek i sprzedania swojego ryja dla garści lajków, ale podobnie jak z moją Toyotką, to nie kwestia wyboru, lecz konieczności.

Jakie są największe wady tego „zawodu”?

Ryzyko zakaźne, napięcie statyczne mięśni, zaburzenia akomodacji, problemy ze stawami, zabieranie tony roboty do domu, brak stabilności zatrudnienia, zgooglowanie i postawa roszczeniowa wielu Klientów, koła wzajemnej adoracji…

Pamiętasz swój pierwszy raz, gdy wbiłeś igłę w czyjąś skórę?

Tak! Piwnica, Zero rękawiczek, wzór narysowany długopisem, tusz kreślarski rystor…To było straszne i piękne zarazem! Rokendroll pełną gębą! A taki grzeczny chłopiec był z tego Łukasza. To se ne vrati (śmiech).

Pamiętasz swoją pierwszą maszynkę?

Yup! Spaulding&Rogers Lightweight zakupiony osobiście w zielonogórskim Vikingu.

Cewka czy rotarka?

Rotarka od wielu lat. Tęsknię, co prawda za konturem z cewki i tradycyjnej igły, ale jestem zbyt leniwy, by żonglować maszynami. Cartridge to tak naprawdę imitacja igły, ale wygrywa prostotą i wygodą setupu. Jeśli chodzi o kolor to rotarki są moim zdaniem bezkonkurencyjne. Zdaję sobie sprawę, że istnieją zajebiste cewki do koloru, ale to nie dla mnie. Nie mam na to czasu, a moje nadgarstki siły.

Czym teraz dziarasz? To chyba fajniejsze pytanie, niż jaką masz gitarę?

Ej! Nie ma lepszego pytania od „jaką masz gitarę?”! Lepiej jednak nie zaczynać ze mną tego tematu (śmiech). Od jakichś 4-5 lat pracuję na nie bez powodu owianym legendą secie Spirit-Thunder od Cheyenne. Miałem kilka podejść do innych sprzętów. Największe wrażenie zrobił na mnie chyba Phantom Oil od TattooMe, ale ergonomia tego narzędzia to moim zdaniem jakaś katastrofa! Pisałem do Producenta w sprawie stworzenia jakiegoś customa, ale niestety Producent na tyle jest dumny ze swojego produktu, że za wszelką cenę próbował mi wcisnąć to, co już mam i nie jestem w pełni zadowolony. Jeśli jednak coś się w temacie zmieniło, to zapraszam do korespondencji! W międzyczasie była na chwilę Inkjecta i Spektra Edge-X. Świetne maszyny, ale nie pod moją łapę. Zbyt miękkie. Tempo pracy spadło mi o jakieś 20-30%, także sorry, ale nie mogę sobie na to pozwolić. I bez tego wychodzę ze studia, jako ostatni (śmiech). Ostatnio też próbowałem Sol Terry od Cheyenne, ale bardzo się rozczarowałem. Opinie są podzielone, ale dla mnie to osobista tragedia, bo ten sprzęt to cień tego, czym kiedyś było Cheyenne. Szkoda, że producent absolutnie rewolucyjnych maszynek, zdecydował się pójście na kompromis z początkującymi Artystami i serię maszyn „pod publiczkę”. To koniec pewnej epoki. Wygląda, więc na to, że jestem skazany na mój mocno vintage’owy set. Ledwo zipie, działa głośno jak niejedna cewka, ale jeszcze dziara, a tatuaże goją się bardzo dobrze. Oby jak najdłużej!

Czy preferujesz jakiś styl tatuowania?

Liznąłem odrobinę starej szkoły, gdzie standardem była wszechstronność, także jest, z czego wybierać. Od czasu do czasu jaram się realizmem, ale dodaję zawsze coś od siebie i nie trzymam ściśle kalki. Nie potrafię i nie chcę być chodzącą drukarką. Bardzo lubię neotrady, dotwork, watercolor, ale jestem za stary, by chcieć się gdziekolwiek rozpychać łokciami, więc za wiele tego nie ma w moim portfolio. Niech, więc sobie młodzi robią, a ja sobie popatrzę. Może czegoś się nauczę (śmiech). Najbardziej cenię sobie ekspresyjne i frywolne prace z pogranicza newschoolu i stylu komiksowego. Plamy koloru zamknięte w grubych konturach ciosanych magnumami. Najlepiej na podstawie projektów wykonanych „na serwetce” w kilkanaście minut. Bez zastanowienia, bez oceniania siebie samego zarówno podczas wykonania projektu, jak i samego tatuowania - czysty strumień twórczej świadomości. Nie wiem sam za bardzo jak ten styl nazwać. Sam newschool był „new” 15 lat temu. Pora na jakieś nowe określenie. Jeśli ktoś ma jakiś pomysł, to będę wdzięczny.

Czy robisz własne projekty i skąd czerpiesz inspirację?

Tak, robię, ale szczerze mówiąc nie mam z tym szczęścia. Moje autorskie wzory nie znajdują wielu chętnych. W roku wykonuję na skórze nie więcej niż 10 autorskich projektów. Lwów za to w zeszłym roku wykonałem prawie 40. Trudno, więc czerpać frajdę i gonić za inspiracją. Lepiej złapać za gitarę i poczekać na lepsze czasy.

Podejmujesz się coverów lub dziarania na bliznach? Nie jest prosta sztuka…

Tak, ale zdarza się to coraz rzadziej. Niestety dużo Artystów wykonuje je niezgodnie z rzemiosłem i kładzie jasne kolory na ciemne. Świeża dziarka wygląda ok, ale po zagojeniu wychodzi kupa. Tego jednak potencjalny zjadacz Instagrama już nie widzi i daje się na to złapać. A jak już się złapie, to często oczekuje od swojego coveru więcej niż może dostać. Nie pozostawia też często wolnej ręki, a to podstawa przy wykonaniu porządnego coveru zgodnego z rzemiosłem. Dlatego też covery, mimo, że je uwielbiam, stanowią dla mnie obecnie rzadkość.

Rysunek własnoręczny czy program graficzny/tablet graficzny?

Na dwoje babka wróżyła! Obie techniki mają swoje mocne i słabe strony. Ostatnie trzy lata spędziłem głównie z iPadem na kolanach i nie żałuję ani sekundy! Wygoda pracy, wielość i użyteczność narzędzi jest oszałamiająca! Do tego bardzo atrakcyjnie można udokumentować pracę video-timelapsem, by podzielić swoim procesem twórczym z innymi. Ma jednak kilka poważnych wad: przede wszystkim nie ma artefaktu. Nie dotkniesz faktury papieru, nie powąchasz. Nie oprawisz też pracy, nie powiesisz na ścianie, nie sprzedasz. Cała Twoja eksplozja twórcza zamyka się w smutnym pliku, z którego nikt nigdy nie zetrze kurzu. To smutne. Minusem bywa również przysłowiowe „ctrl+Z”. To trochę jak z muzyką i różnicą między rejestrowaniem na taśmie a przy użyciu komputera. Cyfrowy rezultat może być dopieszczany w nieskończoność, technicznie doskonały, ale to wszystko kosztem „tu i teraz”. Rysunek własnoręczny to z kolei multisensoryczne zjawisko. Ekspresja jest tutaj zdecydowanie bardziej naturalna, a dzieło namacalne. Więcej też wymaga od Twórcy. Papier tak łatwo nie wybacza. Wymusza tym na Twórcy, by był bardziej odpowiedzialny, a jednocześnie dał się ponieść. To nie bywa częste i łatwe, ale wtedy powstają najlepsze rzeczy - gdy przestaniesz kurczowo trzymać siebie samego i pozwolisz, by to się po prostu wydarzyło. Ostatnio po dłuższej przerwie wykonałem portret tuszem w technice lawowania. Ktokolwiek pracował w ten sposób wie, że tam nie ma kontroli. To plama rządzi. Możesz ją prowadzić, możesz ją modelować, ale ostatecznie to ona decyduje jak będzie wyglądać. Ty jesteś tylko narzędziem i to jest piękne! Tego bardzo brakuje digitalom. Minusy? Nie ma „ctrl+Z”. Poza tym jakkolwiek się nie odgrodzisz, jakkolwiek nie będziesz się starać, to kot i tak zawsze znajdzie sposób, żeby coś zrzucić, w coś wleźć, czy upaćkać (śmiech).

Czy składanie zdjęć w programie graficznym to sztuka? Czy sztuką jest przeniesienie tego na skórę?

Obecnie sztuką jest wszystko, także jak najbardziej. Jakich lotów sztuką, to już osobny temat. Wiadomo, że najlepszy realizm wychodzi ze zdjęć i warto się nimi wspierać. Jeśli jednak ktoś ma się za artystę przez duże „A”, a opiera się tylko na zdjęciach, nie rysując/malując w wolnej chwili z natury, to na miano artysty moim zdaniem nie zasługuje. Jest, co najwyżej chodzącą drukarką. Jackson Pollock zanim zaczął machać swoje kleksy zebrał warsztatowe cięgi z malarstwa figuratywnego. Picasso też. A Ty? Artystami nie nazwałbym też ludzi, którzy np. dziarając realistyczną twarz kobiety ze świecą w dłoni nie biorą pod uwagę tego, że owa świeca jest źródłem światła, więc wpływa na gradację światłocienia twarzy. Jeśli więc chcecie być artystami, to na Teutatesa! Pilnujcie światła w swoich kompozycjach! Just a better World! (śmiech).

A co sądzisz o „podrasowywaniu” zdjęć wykonanych tatuaży?

Photoshop podobnie jak wiele rzeczy na tym świecie to tylko narzędzie, ale bywa niestety często traktowany, jako cel sam w sobie. Dlatego też z jednej strony jestem zdecydowanym przeciwnikiem maskowania niedoskonałości swojego warsztatu tatuatorskiego w programach graficznych. Nie da się jednak ukryć, że wykonanie dobrego zdjęcia świeżego tatuażu bywa często trudniejsze od wykonania samego tatuażu. Jeśli więc istnieje narzędzie, które pomoże Ci przybliżyć wygląd fotografii do tego jak tatuaż wygląda w rzeczywistości, to śmiało! Dopóki mieści się to w odwzorowaniu rzeczywistości. Warto jednak wpierw zadbać o porządne zdjęcie. Sam jestem modniś z Ajfonem, ale nigdy nawet nie pomyślałem, by robić nim zdjęcia tatuaży. Mam od tego „pełną klatkę” i to w moich pracach często widać. Doskonale można to dostrzec u Pancha, który zaraził mnie skrupulatnym podejściem do zdjęć swoich tatuaży. Zdjęcia są Twoją wizytówką. Jeśli myślisz, że telefon załatwi sprawę, to śmiało - droga wolna. Pamiętaj jednak, że gdyby te Ajfony były takie zajebiste, to już dawno producenci lustrzanek by zbankrutowali. Nikomu z nich nie przyszłoby też do głowy wynalezienie aparatów bezlusterkowych.

Pamiętasz pierwszy tatuaż, który zrobiłeś?

Tribal na ramieniu. Wydziarany w piwnicy bloku znajomego. Osoba tatuowana była zachwycona. Ja też. O zgrozo!

Tatuaż, z którego jesteś najbardziej dumny?

Najbardziej jestem dumny z tatuażu, którym wygrałem nagrodę na konwencji w... Oh wait! To nie ja (śmiech). Tak serio, to trudno przypomnieć sobie ten jeden jedyny. To trochę jak wybrać swoją ulubioną piosenkę - to po prostu niemożliwe. Jestem jednak wyjątkowo dumny z jednej akcji, w której partycypowałem parę lat temu. Otóż, gdy pracowałem w R’n’R, odpaliliśmy akcję charytatywną na rzecz Covana - byłego wokalisty Decapitated, który poważnie ucierpiał w wypadku zespołowego busa w 2004r. Jestem metaluchem, mam serce z metalu, więc pokazałem jak to robią metalowcy - trzasnąłem 13 tatuaży jednego dnia.

Najdziwniejszy tatuaż, który zrobiłeś?

Wbrew pozorom raczej jestem nudziarzem i control-freakiem, więc szalone szaleństwa raczej omijają mnie szerokim łukiem. Nie ma, więc, o czym mówić. Bywa śmiesznie, bywa ciekawie, czy dziwnie, ale nie kolekcjonuję raczej takich wspomnień ani ich nie przyciągam.

Czy są motywy, których masz już dość lub nie robisz?

Nie wykonuję m.in. tatuaży maori. Każdy element graficzny ma tam za sobą znaczenie ikonograficzne. To język, którego nie znam i nie mam ochoty oraz czasu poznać. A dziarać bez tej wiedzy to jak wydrukować przysłowiowy znaczek chiński z zupki instant. Unikam husarii i Polski Walczącej. Szanuję prawdziwych patriotów, ale w przypadku husarii nie ma zbyt wielu materiałów referencyjnych, by się o nie oprzeć. Polska Walcząca z kolei to dla mnie bardzo często karykatura patriotyzmu - wata cukrowa oblana ketchupem na dożynkach gminnych. Nie wiem, czy muszę o tym mówić, ale nie dziaram też z oczywistych względów symboli faszystowskich, nacjonalistycznych, szowinistycznych itd. Nazi scum fuck off!!! Loga Antify też nie zrobię (śmiech).

Najdziwniejsza rzecz, jaka Ci się przytrafiła w trakcie tatuowania?

Zdecydowanie najdziwniejsza rzecz przytrafiła mi się jakieś dwa miesiące temu. Zostałem zaproszony przez Sony Music Polska do ogólnoświatowej akcji promującej premierę nowej płyty Ozzy’yego Osbourne’a. Wszystko wsparte ogromną akcją promocyjną. 50 salonów tatuażu z całego świata miało odpalić synchronicznie walk-iny połączone z przedpremierowym odsłuchem płyty. Mimo blisko setki zarejestrowanych uczestników, w salonie pokazało się jakieś 10 osób. Tatuaży wykonałem 1 (słownie: jeden). To zdecydowanie najdziwniejsza rzecz, jaka mi się przydarzyła. Rock is dead…?

Czy jakieś szczególne zachowania u Klientów Cię irytują?

A może na odwrót? Co lubię w Klientach? Lubię jak zostawiają mi swój sos, bo bycie gwiazdą tatuażu dużo mnie kosztuje (śmiech). Lubię jak nie piszą w dni wolne. Lubię jak zaczynają wiadomość od „cześć”, a nie „po ile tatuaż”. Lubię jak porządnie się przygotują zarówno do sesji jak i wykonania przeze mnie projektu. Lubię jak wezmą rano prysznic, zmienią bieliznę, użyją antyperspirantu. Lubię jak spytają, gdzie mogą położyć swoje rzeczy. Lubię jak wyciszają telefon i pytają czy mogą go odebrać, gdy zawibruje. Lubię jak znają moją twórczość. Lubię jak są otwarci na sugestie. Lubię jak nie idą na deskorolkę na drugi dzień po zrobieniu tatuażu. Lubię jak piją dużo wody, używają balsamu do ciała i blockera w lecie. Lubię jak rozumieją zdanie: „Na dzisiaj wystarczy”. Lubię jak są zadowoleni i robią mi reklamę wśród znajomych. Lubię jak wracają. Lubię jak traktują mnie jak normalnego człowieka a nie króla życia. Lubię jak nie pytają, jak się gra w Acidach?

„Janusze tatuażu” to?

Nie wiem, nie jestem na czasie z tatuażami. Skoro ignorant nie jest wiochą, to, co jest? Jeśli brak wartości jest wartością, to, co jest do cholery wartością?! Postmodernizm wywrócił wszystko do góry nogami. Włącznie z tatuażem. Kiedyś mógłbym powiedzieć, że Januszem jest ktoś, kto np. łapie się za oldschool nie potrafiąc konturu, czy watercolor nie malując nigdy akwarelą i nie maczając igły w kubku z wodą. Obecnie takich nie brakuje, a ludożerka jednak wszystko łyka i stuka jak szalona serduszkami po ekranie, więc pewnie mają rację, a Januszem jestem najwidoczniej JA! (śmiech).

Czy jest jakiś artysta, który ma lub miał wpływ na Twój styl?

O tak! A.D. Pancho! Ten gość zmienił moje życie! Możliwość pracy z nim to chyba najważniejsza rzecz, jaka przydarzyła mi się w mojej karierze zawodowej. Mimo że stylistycznie jest nam daleko do siebie, to pod względem rzemiosła zawdzięczam mu najwięcej! To niesamowity teoretyk i praktyk. Gdyby urodził się kilkaset lat temu, oglądalibyśmy jego prace w Luwrze. Jest przy tym bardzo uziemiony i ludzki, co czyni go jeszcze bardziej niesamowitym. A jego prace? Chyba nie trzeba nic na ten temat mówić. Wszystko jest jasne. Andrzejek Lukovnikov też mocno u mnie namieszał. Obserwuję od lat, w Redberry spędziłem obok niego 2 lata. Nie mógł nie mieć na mnie wpływu. Przewspaniały kolorysta, świetnie waży kompozycję. Przy tym sadzi wypełnienie linerem szybciej niż niejeden magnumem. Czysty obłęd! A artystycznie ten gość to po prostu 200% słowiańskiej nostalgii i wrażliwości. Naprawdę piękna artystyczna dusza! Nie mogę nie wymienić Timura Łysenko. Ma niesamowity warsztat, twórczą odwagę i dystans godny podziwu. To bez wątpienia jeden z Ojców Założycieli sceny tatuażu, jaką do niedawna mieliśmy i straciliśmy. Zawdzięczam mu 2 lata w najpiękniejszym studiu w kraju, kipiącym wprost artyzmem… No i czerwienie w połączeniu z silverami (śmiech). Na koniec moja kochana Mordka - Mikalai Losik. Gdy inni traktowali moje dołączenie do R’n’R, jako mezalians, on jako pierwszy zaakceptował mnie w Ekstraklasie i zgarnął pod swoje skrzydła. Bardzo jestem mu za to wdzięczny i ściskam do granic, gdy tylko się widzimy. Thx, Morduchno! W pozostałych rolach: Żywiec, Yadou, BamBam, Jeff Gogue, Uncl Paul, Robi Borbas… Poza branżą: Simon Bisley, Todd McFarlane, John Dyer Baizley, Alex Grey, Artgerm, Sainer…

A tak z ciekawości… dziarałeś już Acidów w trasie?

Nie i nie mam zamiaru! Dużo pijemy, mało śpimy i zdarza się, że robimy busem 1500 km w jeden weekend… Litości!!!

Łukasz “Dzvon” Cyndzer - Zobacz portfolio i zrób tatuaż
Łukasz “Dzvon” Cyndzer - tatuażysta z Świdnica. Portfolio tatuaży, wzorów, informacje kontaktowe.