Warszawa: Marta Kudu ze Studia Powidoki

Wywiady - Artyści tatuażu cze 22, 2020
Zdecydowanie lepiej odnajduję się w kolorze. Nieodłącznie idzie za mną kolor turkusowy - kochany tropical teal. O stylu ciężko mi mówić. U mnie to ciągle się zmienia. Może powoli i w miarę nieznacznie - na przestrzeni czasu jednak bardzo. Przede wszystkim stawiam na oryginalność. O to chodzi w tatuażu, ma być indywidualny i unikatowy, dopasowany do osobowości - nie taki jak koleżanki albo taki sam jak pani z Pinteresta.

Skąd pomysł, że zostaniesz tatuażystką?

Szczerze mówiąc nigdy nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiem, co było tym pierwszym bodźcem. Zajawka zaczęła się w liceum, a z kredkami i farbami przyjaźniłam się od małego. Szkołę średnią wybrałam dość dziwną, bo było to  technikum ogrodnicze, a ja sobie wymarzyłam, że będę architektem krajobrazu… Bardzo szybko mi się to odwidziało. Kwiatki i drzewka nadal kocham, ale polskie szkolnictwo o wiele mniej. Na szczęście w międzyczasie narodził się pomysł robienia tatuaży. Na początku nie mogłam wyjść z podziwu oglądając Miami Ink – „to tak można przenieść wzór igłą na skórę? I oni się nie boją? Jak? Niewiarygodne”. A dziś wiem, że można i to nawet tysiąc razy lepiej…

Jak długo dziarasz?

Niedawno znalazłam zeszyt, w którym widniał napis  ‚TATUŁAŻE’ a za nim moje pokraczne rysunki z dzieciństwa.. Może już wtedy wiedziałam, co chce robić w życiu? (śmiech). Dziaram ok  6-7 lat, zaczęło się tak naprawdę w domu, więc ciężko powiedzieć. Wydaje mi się, że czas w tym zawodzie nie ma jakiegoś większego znaczenia, nie każdy umie go wykorzystać. Ja dopiero od niedawna zaczynam być zadowolona z tego jak nim zarządzam. Doświadczenie w tym zawodzie dość ciekawie się rozkłada. Można zaobserwować ludzi, co tatuują dziesięć lat bez progresu i takich, co w dwa osiągają świetny poziom. Ciekawe jest też fakt, że przez te wszystkie lata nie przyszło mi tatuować głowy i kolan, a znajomi, którzy są w tym zawodzie o wiele krócej mają to już za sobą (śmiech).

Tatuowanie to dla Ciebie praca czy styl życia?

W tym zawodzie nie da rady zrobić granicy pomiędzy pracą a życiem… Jednak w ogóle mi to nie przeszkadza (śmiech). W związku z tym, że na co dzień żyję i prowadzę studio z moją drugą połówką to mamy już wypracowany wspólny rytm. Czasem są dni, kiedy się mijamy, ale nauczyliśmy się już wspólnie „egzystować”. Tatuowanie to już finalny proces całego zaplecza, jakim jest wieczorne rysowanie, szukanie inspiracji, kontakt z klientem i obserwującymi nasze social media, dbanie o oprawę wizualną, wygląd i klimat studia. Nie wspomnę o biurokracji bo Patryk (Chybowski) to ogarnia (śmiech). Dodatkowo jest też wiecznie niezaspokojona potrzeba ciągłego rozwoju i zmian, którą trzeba zaspokajać. Myślę, że nauczyliśmy się w tym wszystkim odpoczywać, mimo że ja nadal uczę się być wyrozumiała dla siebie w tych gorszych momentach tzw. art blocków i innych mniej pozytywnych dni. Najgorsze są te okropne wyrzuty sumienia wynikające z poczucia zmarnowanego czasu.

Lubisz guest spoty?

I tak i nie. Bardzo podziwiam odważnych i otwartych na relację i przygodę ludzi, którzy ciągle gdzieś jeżdżą. Szczególnie tych, co jeżdżą sami. U mnie to bardziej złożone, mam potrzebę równowagi między domem a podróżą - uważam, że jest to niezwykle ważne żeby zachować balans. Nie można się zasiedzieć za długo w jednym miejscu. Szczególnie lubię wracać do miejsc, w których czułam się najlepiej. Takim miejscem jest Amsterdam, jest to też pierwsze miejsce, w którym czułam się lepiej niż Warszawie i o dziwo pojechałam raz sama i może zabrzmi to śmiesznie, ale naprawdę byłam z siebie dumna! (Śmiech). Myślę, że to świetny dodatek do bycia tatuatorem, wspaniałe jest też to, ilu ciekawych ludzi poznałam jeżdżąc, ile pięknych przestrzeni zobaczyłam. Niemądrze byłoby z tego nie korzystać.

Jakie są największe wady tego „zawodu”?

Dużą wadą  jest  statyczna pozycja, w której „zamieram” na kilka godzin. Bolą plecy i męczą się oczy. Tatuażyści wiedzą, o czym mowa (śmiech). Niezbyt pozytywnym faktem jest produkowanie bardzo dużej ilości śmieci. Ale myślę, że większość zawodów mogłaby się pod tym podpisać.

Jesteś właścicielką studia ze swoim życiowym partnerem (Patryk Chybowski), który też dziara. Warto było pójść na swoje?

Otwarcie własnego biznesu było bardzo dobrym pomysłem. Wyniknęło to z długo budującej się potrzeby stworzenia wszystkiego na własnych zasadach. Na dłuższą metę ciężko jest przystać na wizję kogoś innego, jeśli mija się z Twoimi oczekiwaniami.  Przyznaje, że im jestem starsza tym ciężej jest mi się dostosować. Posiadanie własnego biznesu daje możliwość wykreowania miejsca, w którym czujemy się najlepiej. Myślę, że udało nam się to osiągnąć.

Ciężko jest prowadzić własny biznes a do tego jeszcze z drugą swoją połówką?

Pamiętam, że wiele osób miało wątpliwości, że związek i praca - ciągle razem, że tak ciężko na dłuższą metę… Update dla zmartwionych - jak na razie nie jest to problem (śmiech). Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie żebyśmy nie widzieli się całe dnie. Specyfika tej pracy jest bardzo złożona i pracochłonna. Myślę, że nie osiągnęłabym tyle i nie miałabym czasu na jeszcze więcej, będąc w związku z kimś spoza branży. Prawdopodobnie zaniedbałabym zajawkę albo związek.

Wspieracie się? Rywalizujecie? Krytykujecie? Mówicie sobie, „ale to było słabe?”

Myślę, że poznanie Patryka w moim przypadku było bardzo przełomowe. Wcześniej nie znałam nikogo z taką zajawką i zaangażowaniem. Tak jak mówiłam - wspólny związek i biznes daje nam więcej czasu i przestrzeni na rozwijanie umiejętności. Jesteśmy też swoimi największymi krytykami, wspieramy i motywujemy się nawzajem. Przyznaję, że czasem pojawia się zazdrość, gdy jedno z nas ma bardziej kreatywny dzień a drugiemu nic nie idzie.  Ale myślę, że jest to ten zdrowy rodzaj zazdrości, który popycha człowieka do działania (śmiech).

Jakieś rady dla tych, którzy chcieliby pójść na swoje?

Temat rzeka! To bardzo indywidualna kwestia, ciężko doradzić ogółowi. Myślę, że najważniejsze jest to, żeby nie bać się zmian. Fakt, własny biznes to sporo papierkowej roboty i dodatkowych opłat. Ale wszystko ma swoją cenę. Dla mnie komfort dobrego samopoczucia we własnej przestrzeni jest bezcenny. Na pewno nie jestem zwolenniczką zakładania salonów tatuażu przez osoby nietatuujące. W takim wypadku jest to już klimat firmy „korporacji”, która musi zarobić na szefa. Moim zdaniem kłóci się to z całą ideą zawodu, która ułożyła mi się przez lata w głowie.

Pamiętasz swój pierwszy raz, gdy wbiłaś igłę w czyjąś skórę?

W moim przypadku ten pierwszy raz był bardziej skomplikowany (śmiech). Miałam około osiemnastu lat, kiedy udało mi się wykonać pierwszy tatuaż pod okiem tatuatora. Był to mąż piercerki, do której chodziłam swego czasu na kolczyki. A podłożył się mój kochany tata. Nie był to tatuaż autorski, tylko tribal ściągnięty z internetu. Trudno, nie wstydzę się, jest sentyment. Pamiętam ten stres i to, jak bardzo nie wiedziałam, co mam robić… Patrząc na to dziś myślę, że do pierwszego razu wypadałoby się lepiej przygotować. Na początek trochę obycia z samym sprzętem, maszynką, pracą na sztucznej skórze oraz podstawy BHP i higieny, o której teraz wiele osób zapomina.  Potem na osiemnastkę siadł pierwszy wymarzony tatuaż - miał być największy i najbardziej kolorowy jak się da (śmiech) i tak poznałam Kubę Krzemińskiego (pozdrawiam!). Tak naprawdę to pod jego okiem zrobiłam pierwsze bardziej świadome tatuaże. Po drodze było jeszcze kilku artystów, którzy mi pomagali i którym po dziś dzień jestem bardzo wdzięczna. W okresie moich początków praktyki nie były popularne. Teraz mam wrażenie, że są dostępne na wyciągnięcie ręki. Była to droga bardzo mocno na oślep. Dużo tatuaży zrobiłam w domu. Potem dostałam propozycję pracy w krakowskim Kulcie. Była to duża radość i niebywała wtedy możliwość rozwoju… Myślę, że mogę to nazwać  skokiem na głęboką wodę, doliczając do tego przeprowadzkę do innego miasta na tak zwane „swoje” (śmiech).

A jaka była Twoja pierwsza maszynka?

A moją pierwszą maszynką  był jakiś badziewiasty chińczyk, trochę porobiłam nim na sztucznej skórze. Potem jakaś lepsza cewka się trafiła, następnie rotarka … generalnie było to, co inni polecali, więc przeszłam długą drogę zanim znalazłam coś dla siebie.

Cewka czy rotarka?

Zdecydowanie rotarka. Jest lżejsza, cicha i bardziej wszechstronna. Myślę, że nadgarstek za to podziękuje (śmiech).

Czym teraz dziarasz?

Aktualnie pracuję Spectrą Xion. Jak na razie jest to moja ulubiona maszynka, ale nie wykluczam, że niebawem się to może zmienić. Przyznaję, że jestem bardzo mało techniczna. W tej maszynce odpowiada mi fakt, że ona po prostu „działa”, a ja nie muszę martwić się ustawianiem, regulowaniem i zmienianiem w niej praktycznie czegokolwiek.

Czy preferujesz jakiś styl tatuowania?

Zdecydowanie lepiej odnajduję się w kolorze. Nieodłącznie idzie za mną kolor turkusowy - kochany tropical teal. O stylu ciężko mi mówić. U mnie to ciągle się zmienia. Może powoli i w miarę nieznacznie - na przestrzeni czasu jednak bardzo. Kiedyś robiłam bardziej szkicowe projekty, potem coraz bardziej ograniczałam chaos. Niedawno używałam bardzo dużo czerni, teraz przeważa kolor. Przede wszystkim stawiam na oryginalność. O to chodzi w tatuażu, ma być indywidualny i unikatowy, dopasowany do osobowości - nie taki jak koleżanki albo taki sam jak pani z Pinteresta (śmiech).

Czy robisz własne projekty i skąd czerpiesz inspirację?

Inspiruje mnie szeroko pojęta ilustracja. Bardzo lubię kubistyczne formy, kolaże, abstrakcyjne malarstwo. Ostatnio zapałałam dużą miłością do ceramiki. Myślę, że każda z tych dziedzin ma wpływ na moje prace. Oczywiście każdy projekt przygotowuję sama. Ostatnio zmieniłam jednak tryb zapisów. Zdecydowałam, że przestaje robić wzory „na zamówienie”. Można rezerwować już tylko dostępne projekty. Mogłabym długo rozwodzić się nad tym, dlaczego tak zrobiłam. Niemniej myślę, że wyjdzie mi to na dobre. Dzięki temu mam więcej czasu żeby rysować to, co mam w głowie i rozwijać inne zajawki.

Podejmujesz się coverów lub dziarania na bliznach? Nie jest prosta sztuka…

Oj nie jest. Nigdy nie byłam w tym mistrzem. Czasem zdarzyło mi się coś zakryć. Jednak przy obecnym trybie zapisów postanowiłam w ogóle z tego zrezygnować.

Rysunek własnoręczny czy program graficzny/tablet graficzny?

Zdecydowanie tablet, bo bardzo  ułatwia pracę! Można zrobić na nim wszystko. Wprowadzić poprawki w kilka minut, zrobić wizualizację, tworzyć jadąc w pociągu, lecąc samolotem, na śniadaniu w knajpce, gdziekolwiek, nawet po ciemku (śmiech). Dodatkowo możemy zobaczyć na nim kilka opcji i wybrać tą najlepszą. Przyznam jednak, że szkicowanie ołówkiem na papierze pozwala mi znaleźć ciekawsze formy i pomysły, a ostatni powrót do akrylu przypomniał mi jak w wirtualnym świecie wiele nas omija.

Czy składanie zdjęć w programie graficznym to sztuka? Czy sztuką jest przeniesienie tego na skórę?

Projektowanie wzoru i dopasowanie go do klienta zależy moim zdaniem od zdolności plastycznych, wyczucia smaku, kompozycji i formy. Bezpośrednie przeniesienie na skórę to już aspekt czysto techniczny.

A co sądzisz o „podrasowywaniu” zdjęć wykonanych tatuaży?

Jeśli jest to zabieg mający na celu tylko zmniejszenie zaczerwienienia skóry to myślę, że nie ma w tym nic złego. Ale oczywiście, zbytnie podkręcanie kolorów lub czerni albo inne przeróbki niezgodne z rzeczywistością są mało uczciwe.

Tatuaż, z którego jesteś najbardziej dumna?

Oj ciężko powiedzieć. Każdy tatuaż, jaki zrobiłam był małym krokiem naprzód. Punkty zwrotne to bardziej złożona rzecz.

Najdziwniejszy tatuaż, który zrobiłaś?

Myślę, że „dziwny” to pojęcie względne. Chyba dla większości  społeczeństwa ja sama robię „dziwne” tatuaże. Takie przecież kolorowe, mało realistyczne, tu jakiś trójkąt tu jakieś kropki, generalnie to nie są za lekkie i zwiewne no i prawdopodobnie będzie je widać za 10 lat! (śmiech). Niestety z mojej obserwacji wynika, że ludzie w Polsce mają duże opory w byciu oryginalnymi i odważnymi. Jest w tym duża powściągliwość.  A „dziwność” to nic złego, to przełamywanie nudy. Dodam też, że dla niektórych cała kultura ozdabiania ciała to jakiś kosmiczny pomysł albo szatański (śmiech).

Najdziwniejsza rzecz, jaka Ci się przytrafiła w trakcie tatuowania?

Dawno, dawno temu moja klientka zemdlała po pierwszej kresce, spadając z krzesła… no i niestety musiała jechać na SOR zszyć brodę (pozdrawiam serdecznie!!). Po tym incydencie wolę kłaść każdego klienta na leżance, żeby historia nie powtórzyła.

Czy jakieś szczególne zachowania u Klientów Cię irytują?

Irytują mnie wiadomości w stylu: „JAKA CENA?” albo „ILE?„. Wiecie, jakieś minimum, chociaż w stylu „Hej, jaka cena?”. Wtedy milej jest. Nie lubię jak ktoś pyta o projekt i jest nim zainteresowany, a potem nagle nastaje cisza. A wystarczy napisać, że „dzięki ale jednak nie”. Bez zbędnego tłumaczenia. Po prostu z czystej życzliwości i poszanowania czasu drugiego człowieka. Bo wiecie, ja tak trzymam ten projekt dla tej osoby, bo napisała… i chcę być „fair”. Trochę smuci mnie brak cierpliwości i wyrozumiałości ze strony niektórych, ale staram się zrozumieć, że żyjemy w czasach szybkich odpowiedzi. Większość firm zatrudnia ludzi, którzy odpowiadają na wiadomości w ciągu kilku minut, więc nie dziwne, że wielu potencjalnych klientów ma takie oczekiwania.  Na moją odpowiedź trzeba czekać czasem kilka dni, tydzień, zdarza się, że dłużej. Chociaż staram się minimum raz w tygodniu to ogarniać. Bardzo cenię sobie fakt, że sama odpisuję na wiadomości, jest to dla mnie często początek współpracy, nie chciałabym, żeby ktoś to za mnie robił. A tak generalnie to nie ma, na co narzekać. Jeśli chodzi o ludzi, co szukają byle taniej, bo to dość popularne ostatnimi czasy, to nawet nie zaczynam tematu i się nie wkurzam, bo nie ma to sensu. Niektórzy musza się przejechać na własnej skórze, a potem i tak zapłacą więcej, bo będzie grany cover albo będą chodzić z jakimś babolem. Jak kto chce to tak ma (śmiech). A za darmo to nie ma nic.

„Janusze tatuażu” to?

Janusze tatuażu to ludzie, którzy w moim mniemaniu krzywdzą innych. To już nie chodzi o wzór, bardziej przerażający jest aspekt techniczny. Dziura na dziurze i idące za tym blizny. Ciężko powiedzieć czy taka osoba wie coś o higienie pracy? Chodziły plotki o takich, co trzymają tą samą igłę na kolejną sesję… na szczęście dla tej samej osoby, ale nadal, co to za pomysł? Z samych wzorów często można się pośmiać, chociaż powiem szczerze, że jest mi to już bardziej obojętne, wolę pooglądać ładne i inspirujące prace. Smutny jest fakt, że nadal istnieją ludzie, którzy „podkładają” się takim Januszom.

Czy jest jakiś artysta, który ma lub miał wpływ na Twój styl?

Oj dużo takich, co mnie inspirują i których podziwiam. Z tatuażu to już ciężko zliczyć, z kolei przyznam, że ostatnio wychodzę poza jego ramy, bo „ile można” (śmiech). Bardzo lubię ilustracje Dawida Ryskiego, Ani Rudak, Mary Zaleskiej, Patrycji Podkościelnej (bardzo polecam!). Cieszę się, że mam możliwość indywidualnego przestrojenia ścian naszego studia, mamy na nich dużo ładnych rzeczy (śmiech). Dodatkowo zbieram polską ceramikę i bardzo to  wszystkim polecam. Otaczanie się ładnymi rzeczami wspiera i rozwija  kreatywność.

A jak czujesz się, z tym, że to Twoje pracę podziwiają inni?

A jest to bardzo miłe  i motywujące do dalszego działania (śmiech).

Marta Kudu - Zobacz portfolio i zrób tatuaż
Marta Kudu - tatuażysta z Warszawa. Portfolio tatuaży, wzorów, informacje kontaktowe.

Tattooartist.pl

TattooArtist.pl to serwis skupiający najlepszych polskich tatuażystów. Podzielony jest na kategorie: tatuaż, wzór, tatuażysta i studio. Znajdziesz tu również wyrafinowane inspiracje i ciekawe treści.

Great! You've successfully subscribed.
Great! Next, complete checkout for full access.
Welcome back! You've successfully signed in.
Success! Your account is fully activated, you now have access to all content.